czwartek, 17 października 2013

Rozdział II


-Bardzo proszę aby na sali zapanowała cisza!-  głośny stukot sędziowskiego młotka odbił się echem po prawie pustej sali rozpraw, a starsza kobieta w czarnej todze spoglądała wściekła i wycieńczona na dwójkę podobnie ubranych ludzi, którzy prawie skakali sobie do gardeł, krzycząc na siebie i w ogóle nie zwracając uwagi na swoich klientów.
 - Nie macie za grosz profesjonalizmu!- Po krótkiej chwili kobieta zwróciła się do nich po raz kolejny, rezygnując z oficjalnego tonu głosu. Wbiła swoje szare tęczówki najpierw w prawniczkę, która usiadła posłusznie na swoim miejscu,a następnie w ciemnowłosego prokuratora, który tylko uśmiechnął się szeroko i zajął swoje miejsce, nie spuszczając rozbawionego spojrzenia z kobiety siedzącej na drugim końcu sali. Gdyby przypatrzeć się temu z boku, wszystko wyglądało na prawdę komicznie, wszyscy siedzieli teraz w ciszy a starsza kobieta zapisywała właśnie kilka zdań na kartce, którą trzymała obok siebie.
-Czy możemy kontynuować ?- Lekko zachrypnięty ton głosu przerwał ciszę, a panienka O'Donnel wstała ze swojego miejsca , odchrząknęła cicho,  i wzięła do ręki jedną z wcześniej przygotowanych notatek.
 - Z tego, co wynika z przesłuchań, moja klientka działała w samoobronie, gdyż pan Foster naruszył przestrzeń osobistą panny Fleur.- 30 letnia kobieta odezwała się w końcu, a na jej ustach wykwitł triumfalny uśmiech, mimowolnie spojrzała w stronę prokuratora, oczekując jego reakcji.
 -Bzdury.- Niski, wręcz beszczelny ton głosu rozbrzmiał w odpowiedzi, a mężczyzna za biurkiem  nie wstał nawet z miejsca, nie okazując przy tym szacunku ani młodszej koleżance po fachu, ani starszej sędzinie, która spojrzała na niego teraz z zaciekawieniem spod szkieł swoich niewielkich okularów.
 -Przecież pan Foster jest nauczycielem... Czasami zdarza mu się zbliżyć do ucznia, aby przykładowo coś mu wytłumaczyć.- Christopher Shelley kontynuował z szerszym uśmiechem,  wbijając swoje prawie czarne tęczówki w młodą prawniczkę, która prawie trzęsła się ze złości, widząc sposób, jaki do niej się zwraca. Stała tak przez kilka sekund próbując opanować emocje, a gdy mężczyzna to zauważył, zwrócił się do sędzi.
- Chyba wszystko jasne, moglibyśmy zakończyć ten cyrk?- Uniósł cynicznie lewy kącik ust, a Claire O' Donnel zacisnęła mocniej dłoń, w której trzymała długopis. Starsza kobieta na wyższym stanowisku spojrzała na dwójkę z politowaniem, i pokręciła głową, nie wierząc, że dwójka dorosłych ludzi może zachowywać się tak dziecinnie.
 -Ogłoszenie wyroku przesuwam do jutra, teraz proszę opuścić salę.- Odparła cicho i zastukała po raz ostatni tego dnia sędziowskim młotkiem, jednocześnie wskazując nim drzwi stojące na końcu sali.
Claire O’Donnel wyszła wściekła z sali rozpraw i zaczekała przy wejściu na prokuratora, mierząc go wściekle wzrokiem. Gdy zbliżył się w jej stronę z szelmowskim uśmiechem wymalowanym na twarzy, ta ruszyła gwałtownie do niego i zaczęła grozić mu palcem, wbijając w jego morskie oczy swoje ciemne tęczówki.
- Odpłacę Ci się za ten numer, Shelley. Ach i powiem Ci tylko, że jesteś aroganckim, niewyżytym dupkiem, który patrząc na dzisiejsze nie ma zielonego pojęcia o szacunku, a już nawet nie mówiąc o honorze. – prychnęła blond włosa prawniczka i obróciła się teatralnie na pięcie, by zaraz wyjść przez drzwi główne.
- Wiedziałem, że nie obędzie się bez komplementów. – mruknął prokurator i uniósł brew, bacznie przyglądając się jej krągłościom. Uniósł jeden kącik ust, rozbawiony i pomaszerował do swojego grafitowego mercedesa, wsiadł za kierownicę, nawet nie zdążając zamknąć drzwi samochodu, gdy rozległ się w nim charakterystyczny dla iPhone‘ów dzwonek. Shelley przejechał przez ekran poziomo palcem, odbierając tym samym telefon i przyłożył słuchawkę do policzka. – Christopher Shelley, słucham. 


Rozdział I.


Ciężkie krople wody przyjemnie zraszały blade ciało ciemnowłosej kobiety, która właśnie wcierała kokosowy szampon w swoje długie za ramiona włosy.  Przymrużyła z cichym pomrukiem swoje czekoladowe oczy, spłukując szampon i czując, jak gorąca wręcz woda orzeźwia i dokładnie nawadnia jej mleczną skórę. Wyszła z kabiny i od razu chwyciła za biały ręcznik, owijając się nim dokładnie. Przetarła lustro dłonią, usuwając z niego na krótką chwilę parę, która za chwilę zaczęła się osadzać ponownie. Przybliżyła twarz do swojego odbicia i zmarszczyła nos w grymasie. Czy dwudziestosiedmioletnia kobieta powinna mieć już małe zmarszczki nieopodal oczu? Od kiedy to tak wcześnie? Juliet westchnęła ciężko i ubrała się we wcześniej przygotowane ciasne jeansy i biały podkoszulek, na który narzuciła czarną, skórzaną kurtkę. „ Nie masz już dwudziestu lat, Jablonsky. Czas coś ze sobą zrobić.” Uśmiechnęła się do siebie i rozczesała swoje czarne niemalże włosy, układając je tak jak to miała w zwyczaju. Gdy wyszła w końcu z łazienki udała się do kuchni i tam chwyciła za świeże bułki oraz dżem truskawkowy. Włączyła telewizor i smarując dżemem bułkę oglądała poranne wiadomości. Juliet dziękowała Bogu, że miała na późniejszą godzinę do pracy, gdyż jej niewysuszone włosy zawsze odmawiały współpracy z suszarką i puszyły się okropnie. Zaczęła jeść samą bułkę z dżemem, po czym dorobiła sobie do tego kawy z ekspresu i zaczęła nią popijać swoje śniadanie. Nigdy nie smarowała bułek masłem, czuła do tego obrzydzenie. Jeszcze do dzisiaj miała niesmak w ustach, gdy jej matka jeszcze w czasach podstawówki posmarowała jej kanapkę tak grubą warstwą masła, w porównaniu do serka białego, że siedmioletnia Juliet zwróciła całość w damskiej toalecie.  Na to wspomnienie ciemnowłosa kobieta zwilżyła usta, krzywiąc się nieznacznie. Od tamtej pory nie użyła masła ani razu. W ogóle mało gotowała, w sumie potrafiła zrobić naleśniki, jajecznicę i tak proste dania jak płatki z mlekiem, czy kanapka z serem. Swoje braki kucharskie zawdzięczała ciągle nieobecnej w domu matce, którą jej ojciec zostawił gdy tylko dowiedział się, że jest w ciąży. Dupek swoją drogą. Nigdy nie chciała go poznać, a gdyby jednak tak się stało, wyrzuciłaby mu jakim to tchórzem on jest. Z zamyślenia wyrwał ją pager, który zadźwięczał dość głośno. Spoglądnęła leniwie na jego mały ekranik i wyskoczyła zza stołu, nałożyła na nogi czarne trampki i wybiegła z domu, zapominając o niewysuszonych włosach. Wsiadła do samochodu stojącego na podjeździe i ruszyła nim z piskiem opon, zostawiając za sobą komentarze obruszonych niezmiernie tak gwałtowną jazdą starych sąsiadek.

***
Juz któryś raz z kolei spoglądnął na hebanowy zegar wiszący niedaleko drzwi i westchnął cicho zwilżając dolną wargę. Nie znosił przebywać w swoim pustym mieszkaniu, jak na złość położonym w centrum miasta. Usiadł w końcu na skórzanej sofie, pasującej do wystroju pomieszczenia i przejechał dłonią po swoich krótkich, ciemnych włosach, jednocześnie zastanawiając się, co mogłoby zająć go chociaż na krótki moment. Od dawna, nie był o takiej porze w domu, przyzwyczaił się do tego, że siedziałby już na komisariacie, przesłuchując kogoś, lub przeglądając akta nierozwiązanych spraw. Praca całkowicie go pochłonęła, jedyne co mu pozostało to ta odrobina spokoju, którą mógł znaleźć tylko tutaj. Lecz na co mu to było, jeśli w jego myślach ciągle krążyły nazwiska ofiar, morderców, lub zdjęcia dowodów? Tak, możecie powiedzieć, że Dave Horondale,  oficer  z San Francisco, ma problem z oddzieleniem kariery od życia prywatnego, lecz on na pewno tak nie sądził, i nikt nie był w stanie by mu tego wmówić. W końcu uchodził za kogoś, kogo zdanie trudno jest podważyć. Potrafił wręcz wszyć się w psychikę drugiego człowieka, i wyciągnąć z niej to co najmroczniejsze. Mógłby siedzieć godzinami przy stoliku, myśląc nad jedną rzeczą, i gdyby nie wymyślił nic sensownego, na pewno by od niego nie odszedł. Teraz ponownie pomyślicie, że Horondale nie jest zrównoważony, lecz  nie zorientowalibyście się tego, gdyby stanął przed wami 27 letni wysoki mężczyzna, o jasnoniebieskich tęczówkach i pogodnym spojrzeniu a także pociągłej twarzy, spoglądający na was z delikatnie uniesionym kącikiem pełnych ust, i z dłońmi, włożonymi do przednich kieszeni spodni, a to z kolei było wręcz jego znakiem rozpoznawczym. Lubił przebywać w towarzystwie ludzi, lecz jak każdy, potrzebował także chwili spokoju, a takie zdarzały się rzadko, i ta chwila, na pewno nie była odpowiednią.


Spoglądnął teraz na ekran telefonu i przejrzał skrzynkę e-mail, która jak na razie tylko świeciła pustkami. Wbił wzrok w szary napis na wyświetlaczu, gdy dźwięk pagera, wyrwał go z zamyślenia, a raczej z męki, jaką przeżywał nic nie robiąc. Wstał szybko, zabrał ze sobą tylko klucze do domu i dokumenty, w jednej chwili znajdując się w swoim czarnym mercedesie 190 SL, który był jego najcenniejszą zabawką, a jednocześnie prezentem od ojca, którego nie mógłby nie przyjąć. Spojrzał na adres wypisany na pagerze i skręcił w jedną z bocznych ulic, wiedząc, ze tamtędy dostanie się na wskazane miejsce o wiele szybciej. Po kilkunastu minutach, dotarł pod posesję otoczoną przez radiowozy i wbił na moment oczy w niewielki tłum gapiów, stojących za żółtą linią i uważnie obserwując każdy ruch śledczych. Ciekawe, że ludzka ciekawość, w tych czasach równała się z ich bezinteresownością. Przecisnął się w końcu, mrucząc pod słowem kilka słów typu, " przepraszam, chciałbym przejść, jestem z policji" które i tak na nikim nie robiły wrażenia. Pokazał jednemu z praktykantów swoją odznakę i stanął nad ofiarą, czując jak nieznośny  zapach zaczyna malować na jego twarzy obrzydzony  grymas, który znikł na moment, gdy zauważył swoją towarzyszkę.
***
Odór rozkładającego się powoli ciała dopadł Juliet już przy wyjściu z jeepa. Przeczesała smukłymi palcami ciemne kosmyki włosów i zapoznała się wzrokiem z terenem. Weszła za żółtą taśmę i z niemałej odległości rozpoznała postać Dave ‘a Horondale ‘a. Uśmiechnęła się do siebie nieco i podeszła bliżej, widząc jak marszczy nos uniosła brew rozbawiona.
- Nie marszcz tak nosa, Horondale. Dzięki takim zapachom dostajesz trochę kasy. – ukucnęła przy ofierze i posłała mu szeroki uśmiech, przypatrując się kobiecie, która miała pełno siniaków na ciele i kilka śladów po zębach. – Widzę, że mamy do czynienia z jakimś psychopatą. – zmrużyła delikatnie oczy, a zapach rozkładającego się ciała sprawił, że musiała zamrugać kilka razy oczyma i nieco odchylić głowę.
-Jablonsky, dobrze wiesz, że uwielbiam sobie czasem postać nad rozkładającymi się zwłokami.- Odparł z przekąsem i uśmiechnął się delikatnie w stronę ciemnowłosej dziewczyny, przy okazji spoglądając jej krótko w oczy.  Wsłuchał się w słowa lekarza, a przez jego głowę oczywiście zaczęło przepływać mnóstwo informacji. Spojrzał na ślady zębów na ciele ofiary i mruknął jakby sam do siebie.
- Zęby? Coś mi to przypomina... - po chwili mimowolnie wysłał pytające spojrzenie do dziewczyny stojącej obok, i zmarszczył nieznacznie brew, w myślach wertując stosy przeczytanych w przeszłości akt.
- Dorothy Hopkins, lat 36. Matka bliźniaków i żona Jeremy ‘ego Hopkinsa. – mruknął jeden z śledczych, który podał Juliet dowód osobisty kobiety.
- Zgwałcona? – Jablonsky uniosła wzrok na jednego z laborantów, badających ciało już na miejscu, po czym rzuciła przelotne spojrzenie Dave ‘owi i uniosła jeden kącik ust.
- Jeszcze nie jesteśmy pewni, ale jest to bardzo możliwe. – lekarz westchnął i podrapał się po głowie, kontynuując badania.
- Macie już coś konkretniejszego? – przekrzywiła nieco głowę, oglądając kobietę dokładnie.
- Pod paznokciami ma naskórek ludzki. Gdy tylko wrócimy do laboratorium zbadamy czyj on jest i znajdziemy tego psychola.

Postacie.


 Dave Horondale, lat 28  














Juliet Jablonsky, lat 27
















Oleg Dotroszewicz, lat 33


Elisabeth Dotroszewicz/ Morton, lat 34 













Christopher Shelley, lat 34 

















Claire O’Donnel, lat 29